Kultura jest w korzeniach – Bronisław MJ Kamiński


 
 

Prezentujemy eseik
p. Bronisława MJ Kamińskiego, który zawiera ważne przesłanie dla władz Kudowy Zdroju
i społeczności kudowskiej.
Wyjaśni się na końcu, dlaczego ilustrujemy go pięknym zdjęciem róży kłodzkiej, czyli pełnika europejskiego.




Bronisław MJ Kamiński

KULTURA JEST W KORZENIACH

Póki my żyjemy  

Kultura, to sfera duchowa; nie trzeba materiałów, bogactwa, pieniędzy i ciężkiego fizycznego wysiłku, by poruszyć wielkie jej moce. Wystarczy kilka taktów melodii, na przykład hymnu narodowego, by poderwać ludzi do działania pracą czy walką, lub żeby świat dookoła nas zmienił się, jakby został przeniesiony w inne miejsca wszechświata. Takie promieniujące symbole kultury duchowej rosną w narodzie wieloma pokoleniami i są siłami napędowymi w naszych korzeniach; rośniemy dzięki kulturze. Kultura utrzymuje nas –  dzisiejszych ludzi – w łączności z naszymi ojcami i pradziadami, jesteśmy dziedzicami ich  dorobku; kultura łączy nas z innymi narodami o podobnej wrażliwości na dobro i zło, na piękno i brzydotę, na wyznawaną religię, ale także uczy zrozumienia dla inności drugiego człowieka i innego narodu. Kultura i cywilizacja to nie to samo; cywilizacja – najogólniej mówiąc – to głównie nowoczesność i technologie. Na wielkich obszarach Europy, Azji Mniejszej, Ameryki i Australii wykształcił się krąg kultury zachodniej, której źródła mamy w starożytności, w Atenach i w Jerozolimie. Te dwa miasta stały się źródłami dwóch wielkich rzek: nauki (Ateny) i wiary (Jerozolima), w których płyniemy od początków uformowania się w naród.  Tak to można widzieć w wielkim planie świata. A w małym planie, np. w mieście dziesięciotysięcznym, jak Kudowa Zdrój, także mamy światła Aten i Jerozolimy, choćby wtedy, gdy nasze dziecko uczy się o twierdzeniu Pitagorasa odrabiając zadania szkolne, gdy mówimy o demokracji i samorządzie – tego właśnie uczyli nas starożytni Grecy. Na spotkaniach religijnych i w kościołach słuchamy  biblijnych tekstów proroków i apostołów, wtedy zapalają się nam światła Jerozolimy. Korzenie kultury zachodniej tkwią w głębokich pokładach starożytnych, które symbolizują te dwa niezwykłe miasta. Jednak życie w określonej przyrodzie – w górach czy nad morzem, na ziemi urodzajnej lub nieurodzajnej, w pogodzie i w kataklizmach, w kontaktach pokojowych i wojennych z innymi narodami – kształtowało różne sposoby zachowania, które także mają wpływ na ogólną kulturę ludzi. Czasami nawet w sąsiedniej miejscowości, inne uwarunkowania przyrodnicze ukształtowały trochę inną społeczność. W życiu całego narodu, z pokolenia na pokolenie, utrwaliły się pewne symbole jednoczące ludzi w pracy i w obronie, które trzymają nas razem i stają się naszą świętością. Godło, flaga i hymn dobrze to obrazują. Gdy tenisistka Iga Świątek zdobyła Puchar Rolanda Garrosa w Paryżu i rozległ się polski hymn narodowy, to drgnęło serce  nie tylko naszej mistrzyni, lecz także i nam; była jedną z nas, staliśmy tam razem z nią, nasz  hymn, który jest w pamięci zbiorowej narodu – wszystkich nas łączył. Zatrzymajmy się nad  pamięcią zbiorową.

Proszę wstać!

O znaczeniu pewnych symboli niech zaświadcza wydarzenie, jakie miało miejsce 26 czerwca 1945 r. w San Francisco. Tego dnia, tuż po  zakończonej II wojnie światowej, zebrali się w tym mieście przedstawiciele 50 państw świata, by powołać  do życia Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ) i przyjąć Kartę ONZ, czyli Konstytucję ONZ, aby już nigdy nie doszło do takiej tragedii, jak ta straszna wojna. Wielkie i uroczyste wydarzenie ozdabia na ogół jakiś wyjątkowy koncert. Poproszono, by uroczysty koncert fortepianowy wykonał Artur Rubinstein, artysta znany na całym świecie. Zaproszenie Artura Rubinsteina było tym bardziej odpowiednie dla uwznioślenia tej historycznej chwili, że wielki artysta pochodził z Polski, z kraju, który pierwszy doznał napaści w tej wojnie, który stawił czoła złu, ponosząc ciężkie ofiary. Artysta był polskim Żydem, a jego rodzina i jego naród doznali ze strony faszyzmu cierpień i zagłady, jakiej świat dotąd nie widział. Artur Rubinstein – nim zasiadł do fortepianu – spojrzał na salę i na zgromadzonych przedstawicieli państw świata, a na sali nie było delegacji państwa polskiego. Mocarstwa zachodnie nie mogły dojść do porozumienia ze Stalinem w sprawie polskiej delegacji. Artur Rubinstein stanął przed tą reprezentacją zwycięskiego świata i powiedział do zgromadzonych: „W tej sali zebrały się wszystkie narody, aby uczynić ten świat lepszym. Nie widzę flagi polskiej, za którą  toczono tę okrutną wojnę. Zagram polski hymn narodowy. Proszę wstać”. Wszyscy wstali, powstała także delegacja radziecka na czele z Mołotowem, i Artur Rubinstein uderzając mocno w klawisze, wolno i uroczyście głosił tymi akordami, że Jeszcze Polska nie zginęła. Świat przypomniał sobie Polskę, owacjom na stojąco nie było końca, znalazło się 51. krzesło i choć nikt na nim nie usiadł, to na salę wszedł duch narodu, bez którego ta uroczystość byłaby ułomna. Spowodował to wielki niepodległy artysta, który szczycił się swoimi polskimi i żydowskimi korzeniami. Znał osiem języków, a posługiwał się ostentacyjnie językiem polskim i polskimi dokumentami osobistymi. Odwaga w wyjściu poza protokół światowej uroczystości, w imię wielkich wartości jest godna największego uznania, wdzięcznej pamięci i naśladowania. Pamięć żywa i prawdziwa wyzwala dobre działania.

Gdybyśmy przyjechali do Kudowy 3 maja 1945 r., to trafilibyśmy za druty do obozu koncentracyjnego

Żeby nie nużyć jakimś wykładem, niech przemówi poeta Mariusz Olbromski, którego rodzice byli w Kudowie nauczycielami, mile wspominanymi. W jednym ze swoich wierszy, w tomie Na wysokim brzegu pan Mariusz refleksyjnie przypomina:

Co było dawne – przyszło w nasze życie,
Co tak odległe jest już – teraz bliskie.

A w innym wierszu przestrzega:
Bo czas jest wartką rzeką,
tak płynie szybko w nas.
Co było dzisiaj, jest już wczoraj.
Zapada nagle zmierzch,
nastaje noc i gaśnie wiatr.

Koncert w San Francisco wstrząsnął zgromadzonym tam światem, nagle zauważono że nie ma kogoś, kto nadaje sens całemu temu zgromadzeniu, że oto dźwigający się po nieszczęściach rozbiorów, biedny kraj zagrodził drogę złu i zmobilizował cały świat do konfrontacji, która przyniosła ludzkości ważne zwycięstwo, może nawet decydujące dla dalszej drogi. Przenieśmy się z San Francisco do Kudowy. Czy aby czegoś nie odkładamy zbyt lekko, gdy czas jest wartką rzeką, płynie szybko i zapada nagle zmierzch.
Powróćmy do początków. W 1945 r. zjechali do Kudowy ludzie z różnych stron Polski i nie tylko Polski. Szczególnie widoczne były dwie większe grupy rodzin, to repatrianci z kresów wschodnich oraz wyrugowani ze swoich domów z dwóch ziem: z ziemi żywieckiej i z ziemi zamojskiej. Polacy z Zamojszczyzny mieli pod bokiem Majdanek, a ci z Żywiecczyzny mieli bardzo blisko do… Auschwitz. Dla jednych i drugich hitlerowcy przygotowali  ten sam los, bowiem  ziemie te miały być zasiedlone przez hitlerowców tzw. żywiołem niemieckim. Tacy jak Roman Deryło z Zamojszczyzny i jak Antoni Szemik z Pietrzykowic żywieckich mieli przed sobą podobne perspektywy. Wszyscy zjeżdżający się do Kudowy zastali nie tylko niezbombardowane domy, których poszukiwali, ale także i to, przed czym zdołali się uchronić: hitlerowski obóz koncentracyjny na Zakrzu. Gdyby przyjechali do Kudowy w dniu, w którym już padł Berlin, czyli 2 maja 1945 r., to zastaliby jeszcze więźniów za drutami i pilnujących ich esesmanów, i tak trafiliby prosto za hitlerowskie druty. Nawet 8 maja 1945 r., gdy w Berlinie  podpisywano bezwarunkową kapitulację, to w Kudowie jeszcze można było być ich ofiarą. Koszmar zakończył się 9 maja. Ponad cztery tysiące więźniów było tu niszczonych ciężką pracą, a po wypruciu sił mieli być przewiezieni do głównego obozu w Gross Rosen lub innego podobnego obozu – do likwidacji. Wśród tych więźniów najliczniejszą grupę – blisko tysięczną – stanowiły dziewczęta i kobiety pochodzenia żydowskiego, zwiezione tu głównie z Polski. A więc Polki pochodzenia żydowskiego.

Pamięć zbiorowa społeczeństwa kudowskiego

Kultura ludzka, jaką dziedziczymy po starożytnych Grekach i biblijnych Hebrajczykach nakazuje szanować miejsca cierpienia i męczeństwa. Wszyscy ci uwięzieni znaleźli się za drutami, bowiem byli przeciwnikami faszyzmu z samego urodzenia, z przynależności narodowej, z poglądów, patriotyzmu, dobrej historii rodzinnej. W takie miejsce za drutami my wszyscy trafilibyśmy. Ponieważ tych tysiąc młodych więźniarek symbolizuje ten obóz, to na te dziewczęta kieruje się odruch serca, gdy myślimy o symbolicznym zapisaniu ich cierpienia w pamięci naszego miasta. W tym miejscu przypomnijmy sobie koncert Artura Rubinsteina w San Francisco i jak się wtedy zachował nasz polski Żyd. Miejmy też na uwadze przestrogę naszego poety, że czas jest wartką rzeką, płynie szybko i nagle zapada zmierzch. Koncert Rubinsteina i strofy wiersza Mariusza Olbromskiego dedykujemy Radzie Miejskiej i Burmistrzowi Kudowy Zdroju, bowiem idea pomnika jako świecącej kłodzkiej róży – obok mogiły więźniarek przed murem kościoła na Zakrzu – czeka na utrwalenie w pamięci zbiorowej naszego miasta. Projekt pomnika w formie świecącej latarni, stylizowanej na kształt róży kłodzkiej (pełnika europejskiego) o wysokości 7 m, ze świecącą światłem ledowym łodygą i kwiatami, z tablicą pamiątkową u podstawy, napisaną w językach więźniów, tj. w polskim, czeskim, hebrajskim, włoskim, rosyjskim, Projekt zyskał pozytywną opinię Muzeum Gross Rosen w Wałbrzychu. Bardzo sympatycznie o tym projekcie wypowiedziano się w Instytucie ds. Antysemityzmu na Uniwersytecie Technicznym w Berlinie. Czekamy i pomożemy w zbiórce składek społecznych. A czas jest wartką rzeką i płynie w nas szybko. Wchodzimy w trzeci rok kadencji, za rok będzie to już rok przedostatni. Nagle zapada zmierzch, a można zdążyć przed zmierzchem, zaświecić piękną kłodzką różę i wprowadzić to światło do zbiorowej pamięci miasta.